wtorek, 18 lutego 2014

Puerto Princesa (Filipiny) Underground River i nie tylko - AZJA 2014' - zapiski z podróży

2014-02-14 PUERTO PRINCESA (FILIPINY)

Zaraz po zajęciu miejsca w Cebu Pacyfik Air zasnąłem. Lot trwał 1h 15 min nie zdążyłem nacieszyć się snem, kiedy za okna samolotu widzę brzeg, a właściwie piękne, zielone i ciągnące się pasmo górskie otaczające w oddali przestrzeń lotniska. Wow ... co za widok.

Sam terminal wielkości małego marketu, ale nie to tu najważniejsze. Ciężko przejść i nie być zaczepionym przez lokalne taxi. Ponieważ wybrałem się pieszo muszę wiele razy po drodze, mówić nie dziękuje, ale tego nauczyłem się już dawno. Do zakwaterowania jest blisko i chcę sam odkryć: ulicę, pensjonat i wszystko po drodze. W kilkanaście minut jestem na miejscu, a Pani z J-Lais Balai Turista w(pensjonat który wybrałem na pobyt) wita mnie po imieniu (nieco zniekształconym, ale jednak). Warunki bardzo fajne. Malutki pokój z łóżkiem niemal na całej powierzchni, klima, indywidualna toaleta i łazienka - cóż chcieć lepiej. Odechciało mi się spać, prysznic i wyruszam zaprzyjaźnić się z Puerto Princesa :-). Wcześniej wymieniłem Euro bo karta nie wypłaca mi kasy. Dobrą ofertę zaproponowała pani z ochrony na lotnisku, tak więc transakcja zrealizowana.

Kierując się w stronę wody dotarłem do lokalnej przytani na której przycumowanych jest sporo łodzi. Widok pozytywny i cieszący oko. Dla takich obrazków między innymi tu przyjechałem, ale zanim tu trafiłem przeszedłem się przez szereg uliczek w których mieszkają tubylcy. Powszechna panuje bieda, choć trafiają się całkiem ładne rezydencje. Życie podobnie jak w Manili toczy się na ulicy, jednak widać różnicę - społeczność jakby mniej zainteresowana turystami, jakby mniej chętna do nawiązania kontaktu,choćby wzrokowego. Być może tutaj widok przyjezdnych nie budzi zainteresowania i ciekawości bo przewija się tu masa turystów, którzy z portu lotniczego udają się na północ w poszukiwaniu swojej enklawy, a przy okazji przewijają się przez miasto. Puerto Princesa nie jest wielka. Jeszcze do wieczora obszedłem niemal całe miasteczko. Wszędzie widać i słychać wszechoobecne tu motory i trójkołowce. Na początku to atrakcja, jednak na dłuższą chwilę ich warkot i często klaksony mogą być męczące. To bez wątpienia  najpopularniejsza taksówka PP. Wieczorkiem, podobnie jak za dnia widać, że są Walentynki. Można spotkać sporo produktów eksponowanych na tę okazję, a wystrój niektórych lokali jest przygotowany specjalnie pod nią. Znalazłem też stołówkę dla siebie przy jednym z marketów. Całkiem przyzwoite jedzenie. Dziś ryż z sosem, mięsem i warzywami, a zupa to coś w stylu chińskim wzbogacona zieleniną. No i do zjedzenia bez nadmiernego wypalania organów wewnętrznych :-). Całkiem przyzwoita też jest tu ciastkarnia, choć z pozoru wyglądająca na słodką drożdżówkę bułeczka w środku zawiera przysmażaną cebulę (albo coś podobnego, bo smakowo dziwna). Dla wzbogacenia wrażeń jeszcze w Polsce wykupiłem przez pensjonat  2 całodzienne wycieczki. Właśnie jutro wybieram się na jedną z nich, a pisząc te słowa z sufitu tarasu na którym siedzę spoglądają na mnie co najmniej 3 jaszczurki :-). Mam nadzieję, że ta bezpośrednio nad moją głową nie zechce wykąpać się w mojej kawie. 

2014-02-15 Underground River Toour - czyli; z wizytą w Podziemnej Rzece Parku Puerto Princesa

Aby zobaczyć to miejsce najpierw musiałem zrobić rezerwację na konkretny dzień dla pewności, że nie obejdę się smakiem. Mimo, że Podziemną Rzekę odwiedza ponoć kilka tysięcy osób dziennie, całość jest dość dobrze zorganizowana przez lokalne biura turystyczne i zaczyna się od zebrania uczestników ze swoich zakwaterowań i kończy ich rozwózką do miejsc noclegowych. Tak jest najczęściej i tak było w moim przypadku, 13 osobowy klimatyzowany pikap pozwala komfortowo przebyć niespełna dwugodzinną podróż (w jedną stronę). Piętnaście minut przed odjazdem zapukał pan z pensjonatu, aby przypomnieć mi o śniadaniu czekającym na stole (ala wędzona rybka na ciepło, ryż uzupełnione warzywami i kawa) na dzień dobry. Po zebraniu uczestników wycieczki z kilku hoteli (przy okazji zobaczyłem jak mieszkają inni) kierujemy się do Parku.


Auto sprawnie porusza się po wąskiej, niekiedy krętej drodze wyprzedzając różne pojazdy. Z naprzeciwka mijamy też lokalne środki transportu nie tylko z bagażami na dachu, ale i pasażerami na nim lub uczepionymi na tylnej ścianie pojazdu (zastanawiam się czy płacą cały bilet :-)).

Czym dalej, tym piękniej. Roślinność gęstnieje, a moim oczom ukazują się coraz to większe palmy, aż tworzą jeden wielki krajobraz, stając się jego nierozerwalną częścią. To jest to co lubię, czuje się tą inność, a piękno krajobrazu uzupełniają liczne "słomiane" chaty oraz malownicze zielone wzgórza, które tylko potęgują pozytywne wrażenia. Nie wiadomo kiedy i dotarliśmy na miejsce, tutaj podobnie, przepiękna zatoka, z której odbywają się rejsy do Podziemnej Rzeki tętni życiem i jak niemal każdy oddaje się robieniu licznych fot, tak jakby zaraz ten widok miał zniknąć.
Zaopatrzeni w kamizelki ratunkowe kilka minut płyniemy do plaży z której przechodzimy krótką ścieżką przez otaczający lasek (w którym notabene grasują małpy, przebiegając tuż przed naszymi nogami) i dostajemy się na przystań z której dodatkowo zaopatrzeni w kaski wpływamy do jaskini. Tu ma swój bieg Podziemna Rzeka (wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Rzeka  co istotne jest żeglowna, tzn. można po niej swobodnie pływać i z powodzeniem mieściły się dwie łodzie przypływające z naprzeciwka (może z małymi wyjątkami). Wapienne skały zdobią stalagmity i stalaktyty, tworząc niekiedy ciekawe kompozycje kojarzące się z czymś konkretnym. Wiele dzieł natury ma tu przypisane przez człowieka nazwy, o których informuje przewodnik. Wiele też to prawdziwe okazy piękna, również wielkością nie grzeszące. Choć widziałem już kilka miejsc o zbliżonej tematyce, Podziemna Rzeka wypada bardzo korzystnie, zwłaszcza prezentując swoją wielkość. Ma ok 8 km długości co do roku 2007 stawiało ją na pierwszym miejscu na świecie pod względem długości w kategorii podziemnych rzek, zanim odkryto coś dłuższego.

Całość wycieczki to koszt 1440 PHP, a wieńczy ją wypasiony posiłek przygotowany przez organizatorów (możesz zjeść ile chcesz). Skosztowałem też jakiś dziwny bezbarwny owoc morza (nie każdy dał się namówić, niektórym może przeszkadzały oczy spoglądające z miseczki). Widać po skosztowaniu moja mina była wymowna, bo przyklaskał mi cały stół współtowarzyszy w śród których byłem jedynym "białasem". Z czystym sumieniem (mimo różnych stronniczych opinii o komercji tej wycieczki) mogę ją gorąco polecić. Całość wyprawy trwała ok. 8 godzin, ale w moich wspomnieniach pozostanie na znacznie, znacznie dłużej. Póki co leniuchuje, bo w mieście od kilku godzin nie ma światła, zatem WiFi, klima no i podgrzewanie wody też nie działa. Zatem wieczorkiem miasto pogrążyło się w ciemności, ale tylko częściowo bowiem większe hotele, knajpy czy markety uruchomiły agregaty prądotwórcze. Jeśli opublikuje tego posta tzn, że Puerto Princesa odzyskała swoje światło. 
Podziemna Rzeka PUERTO PRINCESA to był główny cel mojej wizyty na Palawanie, ale też nie jedyny. Jutro Honda Bay Island Hopping (1240 PHP), tj. w skrócie mówiąc poznawanie okolicznych wysepek spędzanie na nich czasu na plażowanie, relax czy zakupy. Sam jestem ciekaw wrażeń. Oglądane wcześniej z różnych relacji fotki to nigdy nie to samo, co zobaczyć piękno filipińskiej natury na własne oczy. Choć będzie to nieco subiektywne, wydaje się mi, że wiem co mówię :-)


2014-02-16 HONDA BAY ISLAND HOPPING

Poranek w Puerto Princesa to trochę jak pobudka na wsi. Dookoła poza oczywiście warkotem motorów słychać pianie kogutów i gdakanie kur. Nawet jakbyś nigdzie się nie wybierał i tak nie pośpisz długo :-). Podobnie jak poprzednio z pensjonatu zabiera mnie pikap i wyruszamy. Najpierw do małej wypożyczalni, gdzie można zaopatrzyć się w ABC do nurkowania (wypożyczenie maski i rurki 150 PHP), czy kupić drobne pamiątki, a następnie nad przystań. Odległość do przystani Honda Bay nie jest duża, docieramy tam w kilkanaście minut. Organizator zaplanował odwiedzenie 3 wysp. Właściwie to dwóch. Pierwsza to platforma na wodzie z dwoma wyznaczonymi miejscami do oglądania rafy i podwodnego życia wokół niej. Woda ciepła, a widoki jak z filmu przyrodniczego. Podwodny świat jak na dłoni. Pierwszy akwen wszystko drobniejsze, ale niezwykle kolorowe, drugi zaś większy łącznie z pływającymi tam rybami, ale kolorystycznie stonowane. Niesamowity widok, można by patrzeć w nieskończoność. Niestety czas szybko leci i przenosimy się na Luli Island. Malutką wysepkę w kształcie litery "L" o długości boków po ok. (na oko) 150 m i szerokości może 30 m.

Biały piasek i czyściutka woda w której nawet tuż przy brzegu pływają kolorowe rybki, a głębiej większe. Widok jak z bajki robi wrażenie, a spacer po plaży, czy nagrzanej od słońca wodzie to czysta przyjemność. Na tej wysepce również na spokojnie spożywamy posiłek przygotowany przez organizatora. Na ogół to ryż i owoce morza, ale konkretnie nie powiem co bo raczej dziele je na te smaczne, którymi się objadam i na te które skosztowałem i już więcej nie sięgam. Dziś przed posiłkiem modlitwa jako, że grupa to głównie mieszkańcy Filipin, a to religijny naród.

Druga wyspa, którą wizytujemy to Cowrie Palawan. Ta  jest większa, ale z pewnością też znajduje się na niej więcej turystów. Spotykam na niej kilku osobową grupkę Polaków.

Od Luli Island odróżniają ją znajdujące się tu liczne wysokie palmy z wielkimi owocami. W tutejszym barze wdaje się w małą konwersację z młodą parą na stałe mieszkającą w Manili, a w Puerto Princesa spędzającą swoje wakacje. Oboje byli również ze mną na wycieczce w Podziemnej Rzece, stąd nasze wzajemne zainteresowanie. Sojusz Polsko - Filipiński pieczętujemy kolejką Tekili, a Anna i Albin (imiona przerobiłem na Polskie, bo nie jestem w stanie oryginalnych ogarnąć) okazują się kolejnymi przesympatycznymi osobami poznanymi z Filipin. Z jednej strony czas płynie mi beztrosko, na poznawaniu kolejnych magicznych miejsc, a z drugiej mknie niczym spadający meteor, którego nie można zatrzymać - choćby na chwilę. Po powrocie do pensjonatu pierwsze co przyszło mi do głowy, to sprawdzić, czy jest światło. Eh, jest - ale radość na twarzy nieco zgasła kiedy odkryłem, że za to nie ma wody :-).  Prysznic po dzisiejszej wycieczce trzeba odłożyć na potem. Plus jest taki, że dzisiejszej relacji nie odkładam na potem.

No cóż, małe niedogodności nie są w stanie zmusić mnie do myślenia negatywnie o Filipinach. To piękny i różnorodny kraj, który wielokrotnie dotknięty przez kataklizmy nie zdjął uśmiechu i życzliwości z ust jego mieszkańców. Już na samą myśl, że pojutrze opuszczam Puerto Princesa robi mi się jakby smutniej, no ale jak to w życiu bywa - wszystko co dobre szybko się kończy.
Aby nie okazać się ignorantem małe sprostowanie co do Puerto Princesy. Pisząc, że obszedłem miasto na piechotę miałem na myśli odległość od lotniska przez główną równolegle ciągnącą się ulicę Rizal Avenue docierając do krańca lądu na południu. W rzeczywistości Puerto Princesa obszarowo jest większe choćby od potężnej Moskwy, tak naprawdę to jedno z największych miast na świecie. Jego powierzchnia sięga 2539 km kw., dla porównania Warszawa ma 517 km kw.

2014-02-17 Puerto Princesa (gdzie oczy poniosą)

Wybiło południe. Jestem padnięty. I nie chodzi tu o przeszło 4 godzinną wędrówkę przed siebie, a o słońce, które ranek zapowiadał kiepskie, a codzienność postawiła na swoim i grzeje jak przy hutniczym piecu. Wracając ze ślepego zaułka w jaki nie pierwszy raz dziś zabrnąłem dojrzałem całkiem fajną knajpkę w której zatrzymałem się na zasłużonego San Mig Light (5%, 36 PHP). Stoliki i krzesła z drzewa pod strzechą nadają temu miejscu właściwy klimat. 

Ponieważ wczoraj postanowiłem, że śpię do upadłego nie planowałem nic konkretnego, a już na pewno wczesnej pobudki. Za mnie zrobiła to obsługa pensjonatu, a konkretnie ok. 18 letnia ładniutka Filipinka z błogim i szczerym uśmiechem od ucha do ucha i informując, że śniadanie na stole gotowe. Heh, jak miło. No i jak się tu denerwować ?

W knajpce moje przybycie wzbudziło spore zainteresowanie, bo najpierw chłopak, który wykonywał jakieś prace w ogródku zawołał panią, która sprzedaje i zaraz pojawiło się dwie inne osoby oraz jak domyślam się właściciel, który przywitał się, przedstawił, wypytał skąd jestem i co tu robię, a potem czy włączyć mi muzykę a taķże podał hasło do WiFi :-). Podczas drugiego browara doszła jak sądzę starsza gospodyni, która również po angielsku wypytała mnie o pobyt w Puerto Princesa, a na koniec jeszcze seniorka rodu i obiektywnie mówiąc pies. Nie wiem co byłoby, kto jeszcze przybyłby, gdybym poprosił o trzecie piwo.

I tak chroniąc się przed słońcem postanowiłem rozpocząć dzisiejszego posta, którego dokończę w pensjonacie (jak znajdę drogę powrotną, bo na razie nie bardzo wiem gdzie jestem). Hehe, no ale jak sam napisałem Puerto Princesa to tylko 2539 km kw. :-).
Jednak w końcu mnie oświeciło, że mam ze sobą wsparcie - mapa Sygic uświadomiła mi gdzie jestem. Znalazłem drogę powrotną bez wypytywania. W czasie dzisiejszej swojej wędrówki widziałem sporo interesujących miejsc. Pewnie nie tylko w Puerto Princesa spacerując czasem dochodzisz do miejsca, w którym zastanawiasz się czy jest dalej droga, czy może jesteś na czyimś podwórku, a odpowiedzieć musisz sobie raczej sam. Tak zdarzyło mi się dziś kilka razy. Zastanawiam się jak oni te labirynty ogarniają, ale w sumie sami je budowali i żyją tu więc dla nich to proste. 

Na jednym z ogrodzeń jak mało gdzie napisane "private", ale zachęcony dostępem do mini przystani wszedłem na podwórko. Za domem (ze słomy w opłakanym stanie) siedzi na werandzie zdaje się kilku osobowa rodzina. Na pytanie czy mogę zrobić fotki, gospodyni wymownie pokazuje ręką na zatokę - proszę bardzo (tak sobie to przetłumaczyłem, choć kompletnie nie wiem co powiedziała). Widziałem tylko, że kilkakrotnie wyglądali tylko co ja tam robię :-). Z zatoki (choć sama zaniedbana) piękne widoki. Zacumowane łódki, w oddali zielone wzgórza, a z jednej łodzi miejscowy natychmiast podpłynął mając nadzieję, że zakupie jego połów. W rękach trzymając wymachuje dużą rybą, coś przy tym wykrzykując. Opuszczając posesję podziękowałem, a gospodyni tylko pokiwała głową.


Dotarłem również do tutejszego portu morskiego. W okolicach jak w wielu miejscach Filipin "domki ze słomy" i gołym okiem widoczna bieda. Sama promenada przy porcie trzyma się wizualnie jako tako bowiem zdobi ją ciąg palm, które swoją zielenią i formą tworzą przyjemny pasaż z którego roztacza się widok na łodzie zacumowane w okolicy i w tle góry. Ściany zasłaniające sam port od frontu to jakby grafiti, przy czym w formie uporządkowanej, bo każde malowidło jest jakby na osobnej płycie i ponumerowane. Tutaj i wielu innych miejscach robię liczne foty również przechodnim. Choć głównie dzieciakom, bo te garną się same do flesza i chyba już nauczone jak to działa chcą oglądnąć siebie na podglądzie. Chętnie też same pytają skąd jesteś lub jak masz na imię sprawdzając swój angielski, pewnie który mają w szkole. Dziś odbyłem krótkie, ale bardzo liczne konwersacje bo i dzień roboczy, a więc szkoła co widać na każdej ulicy, w ramach poszczególnych szkół Filipińczycy noszą jednakowe mundurki.

Ostatnia dzisiaj próba dojścia do kolejnej zatoki zakończyła się zaproszeniem jak się potem okazało sympatycznej Betty do swojego domu, gdzie przechodząc od ulicy przez wewnętrzne podwórko dotarłem na małą werandę z której to właśnie moim oczom ukazał się przepiękny widok zatoki i to w dodatku przy zachodzie słońca. Wow, ale trafiłem, nie mogło być lepiej. Do gospodyni dołączyła Mercy, i razem dotrzymały mi towarzystwa podczas "sesji foto", częstując mnie przy tym kawą. Wspólna konwersacja, a czasem zwyczajna próba porozumienia się spowodowały, że zanim się oglądnąłem zrobiło się ciemno. Gospodynie przedstawiły swoich mężów, parę fotek, wymiana e-maili i uradowany zmykam do pensjonatu. Betty & Mercy to kolejne przesympatyczne osoby, które spotykam na swojej drodze. A wieczorny spacer na małe piwo zaowocował spędzeniem wieczoru w towarzystwie poznanego bardzo miłego chłopaka, który myślałem wypoczywa pod zamkniętymi sklepami, podczas, gdy młodzieniec pracował. tzn. ochraniał mienie (pozamykane sklepy) przy głównej ulicy miasta.

Ponieważ nigdzie się nie śpieszył, udało nam się trochę pogawędzić, ale browara musiałem wypić sam - bo młodzieniec był na służbie. Generalnie Filipińczycy to gościnni i przesympatyczni ludzie. Chyba krajobraz, który mają przyjemność oglądać na co dzień daje im siłę i uśmiech, którego niestety nieco brakuje w Europie.
Jutro wylatuje z Puerto Princesa. Nie planuje nic, heh idąc w pełni na żywioł też fajnie się dzieje. Pewnie "dzień dobry" o 6 rano za mnie już zaplanowano :-).




Ciekawe - polecane stronki:
------------------------------------
http://asiatravelbug.net/2013/05/03/el-nido-island-hopping-tour-a-2/ (link)
http://www.gopalawan.travel/Underground_River_Tour (link)
http://wazji.pl/ (link)
http://www.gopalawan.travel/Underground_River_Tour (link) Puerto Princesa (wycieczki)  




Orientacyjne koszty:
---------------------------
Cebu Pacyfic - Bangkok (Tajlandia) Cebu (CEB) Filipiny - 2194 THB (256 PLN)
Cebu Pacyfic - Cebu (CEB) Puerto Princesa (PPS) Filipiny  832 PHP (70 PLN)

J-Lais Balai Turista (Pensionne House) 4 noclegi - 3200 PHP (246 PLN) 
Undegrand River - 1440 PHP (104 PLN)
Honda Bay - 1200 PHP (87 PLN)
Zest Airways - Puerto Princesa (PPS) Manila (MNL) Filipiny - 493 PHP (40 PLN)
opłata wylotowa za lot krajowy na Filipinach - 100 PHP (8 PLN)  


Więcej zdjęć z Puerto Princesa (Filipiny)