poniedziałek, 2 czerwca 2014

Od Estonii do Japonii - Zapiski z podróży (czerwiec 2014)

Póki co przygotowałem (opublikowałem) posta na ewentualne zapiski z czerwcowej wyprawy jak myślę do kilku ciekawych miejsc. Mam nadzieję, że uda mi się tu coś naskrobać (będą możliwości, znajdę czas itp., choć obiecać nie mogę. Ale "starter" jest więc zobaczymy ... Niestety mój laptop jest leciwy i waga raczej nieodpowiednia na takie podróże więc zabieram tablet. Pisanie na tablecie do łatwych i przyjemnych nie należy (a przynajmniej ja jakoś specjalnie nie przepadam, zwłaszcza pisania dłuższych tekstów więc jak już napisze to raczej nie należy spodziewać się dłuższych wypracowań :-).


02 czerwca 2014' - Z dużymi chęciami, spakowany i z grubsza przygotowany na stawienie czoła trasie, którą sam sobie przygotowałem ... tak naprawdę (jak zwykle) zastanawiam się czy ogarnę. Tym razem to niemal 32.000 km :-).  


03 czerwca 2014' - Tallinn (Estonia)



Dzisiejszy dzień zaczynam od wylotu z Rzeszowa do Warszawy z Eurolotem. Bilet kupiłem dawno temu w mega niskiej cenie za niecałe 3 EUR. Samolot jak mało kiedy w Rzeszowie jest opóźniony jakieś 30 minut, a jako przyczynę podaje względy operacyjne. To nie przeszkadza mi jakoś specjalnie, bo mam ponad godzinna przerwę na kolejny rejs. Sytuacja jednak zmienia się w Warszawie kiedy to po opóźnionym lądowaniu Kapitan informuje, ze nic się nie stało, ale przez jakiś czas nie możemy opuścić samolotu. Musimy czekać ponieważ do Warszawy przyleciał Prezydent Obama. ... Ale pech. Powoli zaczynam się niepokoić bo czas biegnie nieubłaganie, a my czekamy i czekamy. Nie jestem taki pewien czy lot do Tallinna będzie czekał. W końcu drzwi się otwierają, a ja miedzy czasie przez telefon robię odprawę i udaje się do stoiska LOTu po bilet bo znowu pod górkę, jakimś dziwnym trafem odprawa się zrobiła, ale bilet na telefonie się nie wyświetla. Szybko sprawnie otrzymuje wydruk i udaje się do bramki i tu mała konsternacja. Bilet nie zaakceptowany, pani wzięła mój bilet i zwyczajnie podarła, przeszukując jakieś papiery. Jedno co mi przyszło do głowy to, ze Obama zajął moje miejsce, ale po chwili pani wyjaśniła, ze zmienili mi miejsce aby wyważyć samolot i z uśmiechem wręczyła mi nowy bilet. Wielka ulga ..., a wiec polecę, bo już przez chwile pomyślałem ze będzie kiepsko.
Zgodnie z planem doleciałem na pokładzie samolotu LOT do Tallinna. Tym razem podroż przebiega bez problemów. Tallinn odwiedzam po raz drugi po rocznej przerwie. Chyba się nie zmienił, choć wydaje się mi mniejszy :) Zatrzymałem się w Red Emperor Hostel, który oferuje rozsądne średnio 6 EUR za noc. Male zwiedzanie i jutro z Simple Express udaje się do Sankt Petersburga. Praktycznie do godziny 24-tej  jest tu jasno. Heh nocne zdjęcia nie wyszły. Znaczy wyszły, ale nie bardzo można doszukać się nocy.


PS. Sorry, ze czasem bez PL znaków ale korzystam z kompa w hostelu, a estońskie klawiatury ciężko ogarnąć.


04 czerwca 2014' Sankt Petersburg (Rosja)

 
Simple Express to przewoźnik, którego wybrałem, aby dostać się z Tallinna do Sankt Petersburga (€ 3). Po drodze jakiś uderzających krajobrazów nie widzę, zapoznaje się z notatkami o mieście i jego atrakcjach i uzupełniam niedobór snu. Kolejna godzina mi ucieka. W Rosji zegarek przestawiam o godzinę do przodu. Na granicy sprawna odprawa i kolejna flaga wdziera się do mojej małej kolekcji.  3 godz. jazdy i jesteśmy u celu. Pierwsze wrażenie z peryferii miasta nijakie, czym bliżej centrum to ciekawiej. Pierwsze doświadczenie z metrem i szybko ląduje w hostelu. Metro ma 5 linii jest dobrze oznakowane i czytelne, a jego łączna długość to 105 km. Warto dodać, że średnia głębokość tuneli to 60 m, a najgłębsza stacja położona jest 102 metry pod ziemią. To jedno z najgłębszych na świecie. Jednorazowy koszt przejazdu to 28 RUB, ja kupuje 10 przejazdów na karcie do wykorzystania w 7 dni (265 RUB). Jest już po 20:00 wiec nie tracę czasu i wyruszam na miasto. Mieszkam tuż obok Prospektu Newski (tj. główna arteria miasta 4,5 km powstała jeszcze z czasów Piotra Wielkiego, a ciągnie się od Admiralicji i Pałacu Zimowego, a kończy przy Soborze Aleksandra Newskiego. Wrażenia - .... niekiedy wręcz nieprzyzwoicie bogato, a ilość ciekawych budowli w zasięgu wzroku liczna. Praktycznie wracam po 1 AM, choć zupełnie godziny się nie czuje. Po pierwsze jest ciągle dość jasno, a po drugie na ulicach ludzi jak w dzień. Długo opisywałbym wrażenia, myślę że na to znajdę jeszcze czas, a dziś piękne słoneczko aż prosi, aby wyruszyć na podbój miasta co bez oporów czynię.

05 czerwca 2014' - Peterhof (Rosja)
W dzisiejszym dniu zaplanowałem dwie atrakcje: Peterhof (Петергоф) oraz Carskie Sielo (Царское Село) znajdujące się nieopodal Sankt Petersburga. Jako pierwsze wybrałem Peterhof. Carska siedziba Peterhof to kompleks zabytkowy (zespół pałacowo - ogrodowy), który był letnią rezydencją rodziny carskiej. Położony niespełna 30 km za miastem nad samym Bałtykiem nie mógł umknąć mojej uwadze, zwłaszcza że czytałem bardzo pochlebne opinie na temat tego miejsca. Dojechać tam można np. marszrutką 424, 424a lub 224 z przystanków przy stacji metra Awtowo. Koszt 60 RUB w jedną stronę. Jeżdżą też autobusy miejskie (ale raczej dłużej schodzi i bywają zatłoczone). Takim wracałem, cena podobna 50 RUB, no chyba, że chce się poczuć klimat z konduktorem w każdym pojeździe u nas dawno zapomnianym i raczej ciężko wyobrażalnym dla niektórych.



Przystanek w Peterhof znajduje się tuż przy ogrodzeniu do kompleksu, a wielka brama wprowadza mnie na plac gdzie, w głębi znajduje się Wielki Pałac, przed nim znajdują się fontanny, a po prawej i lewej stronie starannie zadbane alejki z okazale przystrzyżonymi drzewami. Już pierwsze wrażenie wprowadza w pozytywne nastawienie, a to co możemy zobaczyć z drugiej strony Wielkiego Pałacu może nie w jednej osobie pobudzić zmysł zachwytu. Moim oczom ukazała się górna część parku (tzw. park francuski z między innymi fontanną Neptuna wykonaną w Norymberdze dla uczczenia końca wojny trzydziestooletniej. Park dolny (Wielka Kaskada) upamiętnia zaś triumf Rosji nad Szwecją z 1724 roku. Kaskadę zdobią: 37 posągów z brązu, 64 fontanny oraz 142 wodotryski co tworzy niepowtarzalny widok na miarę wręcz arcydzieła. Część ta prezentuje styl angielski.

Wejście na kompleks kosztuje 500 RUB (Niżnij Park), a poszczególne muzea są oddzielnie płatne i jest ich kilka. Wejście po 17:00 ma preferencyjną cenę 300 RUB, są też zniżki dla młodzieży i studentów. W dolnej części alejki w każdą stronę prowadzą do różnych atrakcji (głównie fontann) oraz mniejszych muzeów i miejsc wypoczynkowych. Cały kompleks ma ponoć łącznie 144 fontanny, nie policzyłem czy tak jest, ale wierzę autorom opisów tego miejsca na słowo, bo rzeczywiście jest ich trochę :-). Miałem tu spędzić tylko część dnia, ale zostałem na dłużej (z wiadomych względów) i nie udało mi się zrealizować drugiej atrakcji. Może zrobię to jeszcze, choć widzę, że w niebiednych obiektach dzisiejszej Rosji nie bardzo da się w tak atrakcyjne miejsca przybyć na chwilę. Mnie w każdym razie Peterhof oczarował, w 100% spełnia moje oczekiwania, z którymi przybyłem (w końcu) do sąsiadującej z Polską Rosji. 
Ceny: wodolot z Peterhof do Sankt Petersburg 650 RUB, wycieczka po kompleksie (meleksem z lektorem eng / rus) 700 RUB, zdjęcie z parą w kostiumach z XVIII w) 150 RUB.



06 czerwca 2014' - Sankt Petersburg (Rosja)

Po małej wyprawie za miasto w dniu wczorajszym dzisiejszy dzień spędzam w Sankt Petersburgu próbując go choć z grubsza ogarnąć. Pod lupę idzie głównie Newski Prospekt (Не́вский проспе́кт). Wprawdzie codziennie z racji lokalizacji Center Hostel go przemierzam w jakiejś części, ale za każdym razem odkrywam coś nowego. Nawet zwykłe zabudowania, restauracje czy banki niekiedy wyglądają jak przyozdobione budynki muzeum co sprawia wrażenie, że niemal bez przerwy mam do czynienia ze sztuką. Choć nie bardzo się na niej znam na swój użytek potrafię ocenić co piękne a co dla mnie tylko zabytkowe :-). Po długim spacerze obok niezliczonych atrakcji miasta między innymi obok ważniejszych zespołów architektonicznych takich jak: Sobór Kazański, Pałac Zimowy, Ermitaż, a uwieńczeniem zwiedzania jest wizyta w Sobór Izaaka (gdzie znajduje się punkt obserwacyjny (kolumnada), z którego podziwiam Sankt Petersburg. Takie widoki to prawdziwa uczta dla oczu, co niweluje koszt wejścia na kolumnadę za 300 RUB.
 
Warto również ze zwykłej ciekawości zobaczyć Sankt Petersburg nocą. Nie tylko zabytkowe arterie miasta, ale jego życie nocne, które przelewa się z licznych barów, restauracji i klubów wprost na ulicę. Miałem przyjemność zobaczyć kilka z nich, a także poznać / spotkać parę osób z Rosji, którzy okazali się bardzo miłymi i sympatycznymi osobami otwartymi na świat. Same kluby, choć nie bardzo potrafię wymienić ich nazwy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły swoim wystrojem niekiedy częścią muzyczną. Główne ulice miasta mocno po północy niczym nie zdradzają późnej pory. Jest jasno, niekiedy tłocznie, a w licznych miejscach organizują się grupki które coś świętują (choćby to, że mają okazję ze sobą się spotkać). Rosjanie są bardzo gościnni o czym miałem okazję się przekonać, a poczucie bezpieczeństwa ani na chwilę mnie nie opuściło (praktycznie nie widziałem żadnego patrolu policji). W tym mieście wyspać się jest trudno, tzn. z Sankt Petersburgiem jest trochę tak, że szkoda czasu na sen :-).


07 czerwca 2014' - Puszkin (Rosja) 


Carskie Sioło (Царское Село) to kompleks pałacowo-parkowy założony w XVIII wieku, rezydencja carów, który znajduje się na terenie miasta Puszkin, ok. 25 km od Sankt Petersburga. To miejsce, które zaplanowałem zobaczyć wcześniej wraz z Peterohof, ale nie udało mi się tu dotrzeć w jednym dniu. W praktyce to dobrze, bo teraz z perspektywy czasu takie rozwiązanie wydaje mi się niedobrym pomysłem. Oba kompleksy wymagają poświecenia sporo czasu, tak aby zwiedzenie rozleglych kompleksow nie było zbyt meczące. Bez problemu  można tu dojechać, np. ze stacji metra Moskievskoya marszrutkami 286, 342, 347 czy 545. Wejście do samego parku jest płatne w sezonie, tj. od maja do października 120 RUB, a wejście do Palacu Katarzyny trzeba wydać 400 RUB. Tutaj też można zobaczyć odtworzona słynna Bursztynowa Komnatę. Ogólnie ogrody pałacowe składają się z trzech części. Pierwsza to ogród francuski, Część druga ogrodów to 70 hektarowy park krajobrazowy (ogród angielski), a trzeci park rozciąga się w pobliżu Pałacu Aleksandrowskiego, na którego terenie znajduje się lesisty Zwierzyniec.

Carskie Siolo miałem przyjemność zwiedzać wraz z Artom, jednym z dwóch dzień wcześniej poznanych sympatycznych Rosjan. Jednym słowem znakomity towarzysz podroży. Dmitrij nie zdecydował się na ten wyjazd, ale po naszym powrocie uczciliśmy nasze spotkanie w jednym ze starszych radzieckich pubów, zdaj się o nazwie Маяк, gdzie można posmakować np. piwo "Żiguli" (Жигули) i zjeść tradycyjne rosyjskie potrawy. Na ścianach wiszą liczne szaliki klubów piłkarskich, w tym również zagranicznych, a także portrety Lenina, Marksa i Putina. Ten pierwszy ma nawet swoje popiersie (jak nie dwa) usytuowane na barze. Panie z obsługi noszą charakterystyczne dla Rosji uniformy z ala lotniczym nakryciem głowy, a naczynia w których podawane są potrawy raczej nawiązują do odległych lat niż obecnej teraźniejszości. Warto wybrać się w takie miejsce, a jak można jeszcze choć trochę pogawędzić po rosyjsku to już całkiem fajna, niezapomniana sprawa. Dmitrij zaprowadził nas również w raczej mało odwiedzane przez turystów miejsce gdzie znajdują się bardzo ciekawe kolorowe mozaiki na jednym z osiedli tuż przy rzece (na ścianach bloków, chodników i specjalnie zrobionych ławeczkach). Mój czas spędzony wraz z Rosjanami upłynął w miłej i przyjacielskiej atmosferze. I w taki oto sposób wpisują się Oni w moją podróż do jednego z miejsc z małej listy marzeń, na której od dawna wyryty był Sankt Petersburg. Teraz kiedy niemal za sobą mam wizytę w tym mieście pozostaje mała tęsknota, ale i nadzieja, że kiedyś tu powrócę. 


08 czerwca 2014' - Sankt Petersburg (Rosja)


To już ostatni dzień w Sankt Petersburgu. Spakowany pozostawiam bagaż w hostelu i udaje się na miasto. Mam ponad 10 h na ostatnie chwile z <Wenecją Północy >. W nocy wyjeżdżam ponownie do Tallinna, a stamtąd czeka mnie rejs z LOT do Warszawy, gdzie rozpoczynam kolejny etap podroży Mińsk - Tokio.



11 czerwca 2014' - Mińsk (Białoruś)



Z Tallinna samolotem planowo z LOT dostaje się do Warszawy, a stamtąd nocny przejazd autobusem Ecoline do Mińska przez Wilmo. Trochę zakręcone, ale tak jest jak łączy się dwie oddzielne podróże. Jednak sam przejazd autobusem odbył się sprawnie. Wyjazd z Warszawy 20:00, a po 8 godz. jazdy byłem już w Litewskiej Stolicy, aby po 40 min. kontynuować dalszą jazdę do Mińska. To stosunkowo niedaleko,, a samo przekroczenie granicy poszło dość sprawnie. I tak planowo o 10:20 zawitałem w Mińsku. Dalsze rejony miasta jakoś szczególnie nie porywają ale samo dość spore centrum wraz licznymi parkami zaskoczyło mnie pozytywnie. To nowoczesne miasto o niestandardowej zabudowie, czyste i zadbane z licznymi terenami zieleni. 



13 czerwca 2014' - Tokio (Japonia)
  
Etihad Airways to nowy dla mnie przewoźnik, na którego pokładzie zaplanowałem podróż Mińsk - Abu Dhabi - Tokio - Abu Dhabi -Frankfurt. Wcześniej Zetknąłem się z bardzo przychylnymi opiniami, które mogę tylko potwierdzić. Pierwszy odcinek podróży zleciał mi błyskawicznie na konwersacjach z Saszą z Białorusi, który leciał przez Kula Lampur do Singapuru. Darmowe drinki na pokładzie Airbus A319 urozmaiciły nieco podróż, a że jest w czym wybierać tym bardziej. Z samą przesiadką było nieco zamieszania bo po wylądowaniu w Abu Dhabi okazało się, że nie ma 100 minut na przesiadkę, a na bramkach gdzie zapowiadało się tak na oko godzinne oczekiwanie na weryfikację dokumentów było tylko 40 min. Na szczęście, udało się mi wkręcić jakąś biznes linią i nieco po czasie, ale przed odjazdem autobusu znalazłem się przy właściwym gate.



No i tu ponowne zdziwienie bo mój bilet, który otrzymałem jeszcze w Mińsku system odrzuca. Autokar z pasażerami odjeżdża, a ja zastanawiam się czy i kiedy polecę. Po mnie na liście oczekujących dołącza chłopak z Litwy i jego kolega. No to nie jestem sam :-). Zapytałem, mają dokładnie taką samą trasę do pokonania. Mija godz. 22:05 (planowanego odlotu), a my czekamy nadal. Robi się trochę nerwowo, ale po chwili w końcu proszą nas ponownie o bilety i paszporty i po zmianie miejsc wsiadamy do dodatkowo podstawionego autobusu, który zawozi nas na płytę lotniska gdzie czeka :-) Airbus A330, którym lecimy do Tokio.

Po nieco półgodzinnym opóźnieniu za szyby samolotu widzę rozświetloną stolicę Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którą za tydzień będę miał przyjemność odwiedzić. Samolot ma 8 foteli w rzędzie zatem jest mniejszy niż ten, którym leciałem na Filipiny, ale indywidualny system audio - wideo umieszczony na fotelach działa bardzo sprawnie i posiada dość bogaty repertuar. Na blisko 10 godz. lotu Etihad serwuje dwukrotnie posiłek, napoje i drinki wg indywidualnych potrzeb bez jakiś ograniczeń. W menu znajdują się również jako alternatywne dania japońskie. Po te sięgam jako, że trzeba się wczuć w klimat. Również jak już po coś z procentami to wybieram sake. Samolot mimo opóźnionego startu planowo tuż po 13-tej ląduje na lotnisku Narita (NRT) w Tokio. Welcome to JAPAN czytam na jednym z wejść uśmiechając się sam do siebie. Jestem w Japonii .... :-)
Choć nie bardzo się śpieszyłem dość szybko ogarnąłem lotnisko, zebrałem interesujące mnie materiały o Tokio, zakupiłem 3 dniowy Subway Ticket (1500 JPY) raz autobusowy do miasta (900 JPY) i wyruszyłem do centrum. No cóż, trzeba podnieść głowę wysoko do góry aby dojrzeć górne ich części niektórych budynków, ale jak narazie nie jest to tak zwarta zabudowa jaką widziałem w Hongkongu. A ponieważ Tokio to 12 milionowe miasto myślę, że takowa jeszcze mi się w oczy rzuci. Spory dworzec w centrum zatrzymuje mnie nieco na dłużej. Szybko zrozumieć dziwnego podziału generalnie metra (które mam na jednej mapce) na różnych przewoźników się nie da. Część informacji jest po japońsku i angielsku, a część tylko po japońsku. Prosty schemat obowiązuje przy zakupie biletu, który musiałem dodatkowo kupić (170 JPY) bo tam gdzie mam hostel nie dojeżdża ta linia, która mi najlepiej jak się okazuje pasuje. Na dużej tablicy informacyjnej na każdej docelowej stacji masz podaną sumę za którą należy kupić bilet, aby tam dojechać i właśnie Minami - senju, to koszt 170 JPY.
Muszę przyznać, że Japończycy to życzliwy naród. Nikt kogo akurat zapytałem o dojazd nie mówił nic po angielsku, ale trzykrotnie kiedy próbowałem zrozumieć Mapę podszedł ktoś mówiący po angielsku i zapytał czy nie potrzebuje pomocy. No miło. Podobna sytuacja kiedy już dojechałem do Miami - senju. Albo pani sprawdziła w telefonie lokalizację mojego hostelu, albo wręcz gdy byłem już blisko ale nie mogłem go znaleźć pan podprowadził mnie pod same drzwi :-). To miłe, bo mapy okazały się mało dokładne, a hostel dodatkowo "ukryty".

Zamieszkałem na peryferiach miasta. Tu szału nie ma, ale stosunkowo nieopodal znajduje się jedna z większych atrakcji Tokyo SkyTree. Koszt wjazdu na wysokość 350 m, gdzie znajduje się pierwsza platforma widokowa to 2060 JPY, a na drugą platformę tj. 450 m należy dopłacić jeszcze 1030 JPY. Trzeba przyznać drożyzna, ale ... widok bezcenny, a do samego końca kiedy jest otwarta (22:00) oglądających Tokio z tej perspektywy nie brakuje. 




16 czerwca 2014' - Tokio (Japonia)

 Trzy dni zleciały sam nie wiem kiedy. Opuszczałem hostel względnie rano, a wracałem wieczorem. Zaliczyłem dziesiątki jak nie setki kilometrów i niezliczoną ilość przesiadek. Zobaczyłem z pewnością wiele choć zapewne ułamek tego co można zobaczyć w tym mieście. Tokio nie jest małe, a przemieszczanie się po nim mimo wielu możliwości zapewne w dłuższej perspektywie jest męczące. Dziś sam tego doświadczyłem bowiem wróciłem do hostelu przed 19:00 co się mi przez te kilka dni nie zdarzyło. Jest tego dobra strona. Zdążyłem przed 22-gą, tym samym mogłem skorzystać z prysznica, ciepłej wody, mokrej sauny i wymoczyć się w gorącym basenie. Akurat w tym hostelu te "atrakcje" są możliwe od 7:30 -22:00. Jest sporo różnic między naszymi krajami, choć jak się uważnie przypatrzeć szybko można wtopić się w klimat. :-)
Jest parę ciekawych miejsc gdzie warto się wybrać. Z grubsza to rejony: Asakusa, Ikebukuro, Shinjuku, Shibuya, Shimbashi, Ginza, czy centralnie Tokio. Ale znawcą miasta nie jestem, bo byłem tu zbyt krótko, aby go poznać na tyle by móc doradać innym. Jeśli chodzi o kartę na metro i subway to jak dla mnie 3-dniówka sprawdziła się jak należy. Za 1500 JPY tak wiele przejazdów to komfort i oszczędność. Niemal na każdej stacji metra są materiały informacyjne z kolorowymi mapkami gdzie kursują poszczególne linie. Na większych stacjach spotkałem w kilu językach. Stacje są bardzo dobrze opisane i czytelne, choć na początku ilość linii, czy przejść mogła nieco przerazić. W godzinach szczytu metro mimo, ż jeździ co kilka minut jest masakrycznie zatłoczone, ale jak ktoś jest zdetermionowany to się zmieści :-)
Przy największych atrakcjach tłumy turystów i sporo tych, którzy coś oferują. A to wycieczkę, a to przejazd łodzią, city busem, a to w końcu rykszą napędzaną siłą mięśni nóg. Co ciekawe choć dominują w tym mężczyźni kobiety też prowadzą takie powozy ... widziałem nie jedną, pełny szacun. Ruch na ulicy lewostronny no i oczywiście gniazdka elektryczne Japońskie. Generalnie nie spotkałem w Tokio płatnej toalety, a w wielu miejscach są również ogólnie dostępne źródełka wody.
Powszechne jest w gastronomi podawanie na dzień dobry szklanki wody z lodem aby się ochłodzić. Faktycznie gorąc, parasole to coś bardzo normalnego na ulicy, a w lokalach hostelach itp wszędzie są miejsca przeznaczone na pozostawienie parasola. W hostelu również obuwia, a na przybyszy czekają papcie (nie znalazłem rozmiaru 42, wszystkie za małe). :-).
Na peryferiach miasta, ale i w centrum też jest sporo rozproszonych posterunków policji, która patroluje miasto wypasionymi radiowozami, ale i na rowerach. Te są tu bardzo powszechne i wszędzie ich pełno. Często zorganizowane są duże parkingi i wypożyczalnie gdzie każde miejsce jest ponumerowane. Czy Japonia jest droga ? No pewnie dla nas tak, choć można znaleźć sporo artykułów, które u nas są droższe niż w Tokio. Ciekawostką dla nas są bary szybkiej obsługi, gdzie jak w bankomacie dokonujesz transakcji wybierając dania z dostępnym również obrazkowym menu, płacisz po czym obsłudze wręczasz bileciki, a ta bardzo sprawnie podaje zamówione dania. Z pewnością dla nas temat przyszłości, a jeśli gdzieś to funkcjonuje to zdecydowanie nie na taką skalę jak tu.
Sporo wrażeń się nazbierało, bo Japonia to bardzo ciekawe miejsce i nieco inna kultura. Poza spotkanymi miłymi osobami z Estonii, Korei, czy Indonezji przypadkowo zgadałem się z Japończykiem. Zgadałem się to pewnie wielkie słowa bo angielski po obu stronach pozostawiał wiele do życzenia, ale starszy pan pełen podziwu dla moich podróży z wielką pasją opowiadał, gdzie sam podróżował, a trochę się tego nazbierało. Jak to się mówi swój swojego pozna, a na podsumowanie przypadkowego spotkania na ławce zaprosił mnie do chińskiej knajpki. Tak sobie przynajmniej to miejsce wyobrażałem, choć tak jak mówił to nie knajpka a szanowana chińska restauracja o czym miałem okazję się przekonać. Sam hol, w którym oczekiwało się na wejście do środka dawał do myślenia, a ruchome schody prowadzące do jej wnętrza jednoznacznie określały jej prestiż.



Pomijając fakt, że byłem tam jedynym białasem to mój strój też pozostawiał trochę to życzenia, choć niezwykle miłej obsłudze wręcz kłaniającej się po kilka razy zapewne to nie przeszkadzało, zresztą mnie też jakoś nie specjalnie. Jedzenie niezwykłe ... co tu będę pisał. Zresztą sam nie bardzo wiem co jadłem. Mogę powiedzieć tyle, że było bardzo smaczne. Po raz pierwszy też nie żałuje, że dałem się zaprosić na chińszczyznę (na taką chińszczyznę), a z racji wielkości rachunku do zapłaty tym bardziej. Zapewne nie zbankrutowałbym, ale zapewne nigdy nie pozwoliłbym sobie na taką kolację podczas niskobudżetowej podróży. Pozostaje mi tylko podziękować i obiecać, że jak dotrę do Polski prześlę sympatycznemu Japończykowi zrobioną wspólnie fotkę. Heh .... jutro wylatuje do Seulu. Właściwie dzisiaj. Choć w Polsce godzina 19, w Japonii pierwsza w nocy. Pozostaje tylko napisać: dobranoc :-)


17 czerwca 2014' - Seul (Korea Południowa)

Tokio - Seul to oczywiście nowa trasa, ale i nowy dla mnie przewoźnik koreański Jeju Air. Coś w rodzaju irlandzkiego Ryanair, ale szybko da się zauważyć, że personel  "nie pracuje za karę". Miły, życzliwy i uśmiechnięty od samej odprawy do pożegnania po ukończonym locie. Żadnych problemów nawet w przypadku oczywistego przekroczenia dozwolonych kilogramów. W cenie biletu (bagaż rejestrowy, woda do picia). Jak dla mnie ok., nie ma się do czego przyczepić. 

Po sporym lotnisku w Tokio poznaje to w Seulu Incheon (ICN). Próby wypłaty gotówki z bankomatu spełzły na niczym. A przynajmniej ja nie znalazłem takiego międzynarodowego. Zdaje się te na lotnisku obsługują lokalne karty co trochę dziwi, ale za to bez problemu zrobiłem to w pierwszym napotkanym bankomacie w banku. Tam też można w lepszym przeliczniku wymienić walutę (kantor lotnisko 986 WON za $, a w banku 1005). No ale wymienić na lotnisku trzeba, choćby aby kupić bilet na metro (najtańszą formę dojazdu do Seulu - 3950 WON + kaucja zwrotna za bilet do odebrania w automacie zawsze w pobliżu tych,w których można kupić bilet). Jest też ekspres koleją, który jedzie trochę szybciej, ale za odpowiednio większe pieniądze). Generalnie na drogi Seul metro jest finansowo przyjazne, bardzo dobrze oznaczone i czyste.
Zatrzymałem się w Kimchee Hostel (10.000 WON za noc). Jak na Seul dobra cena, niezłe warunki i przyjazna obsługa (zwłaszcza Ku z Nowej Zelandii). Chłopak ma chyba wrodzony przyjazny uśmiech :-). Pokój jest 8 os., ale nie stanowi to dla mnie problemu, zresztą ciężko tu kogoś spotkać. Przeważnie to studenci. Pewnie gdzieś się godzinami uczą :-).

W knajpce tuż obok poznaje koreańskiego studenta zdaje się biochemii. Ten nakreśla mi co warto zobaczyć w Seulu. To pozostaje mi do zwiedzania na jutro. Patrząc na odległości coś czuje, że się trochę nachodzę :-).


19 czerwca 2014' - Seul (Korea Południowa)

Wczorajszy dzień był bardzo obfity głównie w spacer. Wiele odwiedzonych miejsc, choć dziś zdecydowanie nie porwę się, aby napisać jakie. Przyjdzie na to czas. Seul bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. To nowoczesne pełne atrakcji miasto na wysokim poziomie. Trudniej się porozumieć niż w Japonii, ale Koreańczycy są bardzo uczynni i widać, że chcą pomóc. Pozytywnie zaskakuje sporo punktów informacji turystycznej oraz bezpłatnych toalet (o wysokim standardzie). Nowoczesność często miesza się z tradycją. Spotkamy tu bardzo ekskluzywne sklepy, ale i sprzedawców przysłowiowej pietruszki wprost na chodnikach. Metro bardzo dobrze rozwinięte (i w miarę tanie), w komunikację autobusową się nie zagłębiałem bo po pierwsze jest po koreańsku, a po drugie na przykładzie przejazdu z lotniska to koszt 10.000 WON podczas gdy metro to 3950 WON.
Jedno co mi się tutaj nie bardzo podoba to ceny. Żywność jest generalnie droga, ale nie tylko żywność :-(.
Seul ma dwa lotniska. Gimpo i Inczhon, to drugie bardziej odległe położone na wyspie robi wrażenie swoją infrastrukturą. Ogromny plus za przyjazne wygodne siedzenia, czystość, darmowe WiFi, wiele punktów gdzie można napić się wody pitnej i bardzo miłą obsługę, ale to chyba nie tylko specyfika lotniska. Koreańczycy po prostu tacy są. 


Dziś na odległy terminal skąd odlatuję do Tokio, tak jak poprzednio pasażerów przewozi specjalny pociąg, który kursuje co 5 min. Opuszczam Seul i lecę do Abu Dabi (przez Tokio), aby łyknąć nieco Zjednoczonych Emiratów Arabskich :-).


20 czerwca 2014' - Gdzieś w chmurach (Azja)

23:00 czasu ZEA. Najedzony, wyspany budzę się przez turbulencje (trzęsie, mało przyjemne uczucie). Etihad A330 przemierzył dystans 5300 km lecąc najpierw nad Shanghai, Kalkata i aktualnie leci nad Indiami na wysokości 11540 m z prędkością 903 km /h. Na zewnątrz minus 45 °C, żartując chciałoby się powiedzieć w środku niewiele więcej :-), no ale są  kocyki, jest się czym przykryć. Do Abu Dabi zostało ponad 4h lotu.


Z Seulu lot przebiegł bez niespodzianek. Poznałem siedzącą obok mnie bardzo sympatyczną Amerykankę, która nie pierwszy raz powraca z Korei, Japonii, a w Jej paszporcie, który z zainteresowaniem przeglądnąłem (a Ona mój) jest kilka wiz do Chin. JujuAir wylądował w Tokio na terminalu 2. Mój lot do Abu Dabi odbywał się z Terminala 1, zatem skorzystałem z lotniskowego busa, który odbył ten kurs specjalnie ze mną :-). (Specjalnie znaczy jeździ co kilka minut, i więcej pasażerów nie było).  Nie byłem tylko pewien, czy lecąc w ten sposób tranzytem (pomijając kontrole paszportową w Tokio) ale różnymi liniami bez problemu na gate dostanę bilety, no bo pasowałoby je mieć. Ale tu również obsługa Etihad stanęła na wysokości zadania, choć przez chwile była konsternacja, bo pani poprosiła abym pokazał wizę do ZEA, której oczywiście nie mam. Jednak po przeglądnięciu jakiś dokumentów przyznała mi rację i wydrukowała bilety Tokio - Abu Dabi, Abu Dabi - Frankfurt. Widząc ten ostatni uświadomiłem sobie, że szybkimi krokami kończy się może mała, ale dla mnie wielka przygoda "Od Estonii do Japonii".



Zakładam, że to mój ostatni wpis podczas tej podróży i przyjdzie ją podsumować, ale muszę nieco ochłonąć aby choć trochę z dystansu ocenić gdzie i jak było bardzo ciekawie, a gdzie mniej. Teraz przychodzi mi na myśl tylko jedno: takich podróży pełnych wrażeń, upragnionych ale i egzotycznych miejsc, sympatycznych, a niekiedy przesympatycznych poznanych ludzi nigdy się nie zapomina. To jedna z takich wypraw, która wdziera się głęboko do mojej pamięci nieco gasząc wrażenia z niektórych dotychczas odwiedzonych miejsc, które wydawały mi się czymś wielkim, a w świetle Sankt Petersburga, Mińska, Tokio, Seulu czy Abu Dhabi gasną niczym mała iskierka.