wtorek, 28 października 2014

Dzień 21 - La Paz (Boliwia) Droga Śmierci (Yungas Road) - Ameryka Południowa 2014' - zapiski z podróży

Coroico to małe miasteczko w prowincji Nor Yungas połączone ze stolicą La Paz słynną Drogą Śmierci

Okrzyknięto ją najbardziej niebezpieczną drogą świata w roku 1995, po tym jak rok w rok ginęło tu po ok. 200 osób, a 12 lat wcześniej zginęło na niej około 300 osób. Droga niekiedy tylko o szerokości 3,5 metra i długa na 64 km kiedyś była jedyną drogą, łączącą północną część kraju ze stolicą Boliwii. Pokonywano ją w obie strony, czasami mijanie dwóch pojazdów było zwyczajnym igraniem ze śmiercią. 

Na dnie andyjskich przepaści pozostały dziesiątki wraków aut osobowych, ale i autobusów, a na jej poboczach do dziś ustawione są krzyże na pamiątkę ofiar, którym nie udało się pokonać zabójczej nawierzchni drogi i jej niekiedy zdradzieckich zakrętów. 



Współcześnie Droga Śmierci budzi ciekawość kolarzy, ale i zwykłych turystów, którzy tak jak ja postanowili zrealizować tu swoje marzenie - pokonać ją na rowerze. Zresztą czytałem, że jeśli umrzesz na Drodze Śmierci to najwyżej od nadmiaru wrażeń :-). Jak będzie w rzeczywistości sprawdzam zasiadając na "rumaku" z nr 3 (rowery są numerowane). 
Zakupiona wczoraj w Agencji COCA wyprawa do Coroico - dziś ma swój finał. Zanim zdążyłem się umyć tuż przed godziną siódmą, 15 minut przed czasem pod drzwiami hostelu czekał bus, który zbierał uczestników wyprawy z miejsc noclegowych. Bylem pierwszy.

Nie każda firma która sprzedaje takie atrakcje jest ich organizatorem. W moim przypadku sprzedawcą była Coca, ale organizatorem Xtreme Down Hill, która swoją siedzibę ma na sąsiedniej ulicy sąsiadując z Agencją Coca. Przy zapisie podajemy imię i nazwisko, numer paszportu, nazwę hostelu (skąd mają odebrać) oraz swój wzrost. Ten jest istotny bo pomaga dobrać dla nas rower odpowiedniej wielkości, a także dobrać pamiątkową koszulkę we właściwym rozmiarze. 

Zaraz po mnie dołączył Izraelczyk, pary z Francji oraz Szwajcarii, a potem jeszcze zdaje się Amerykanin. Najpierw z biura wybraliśmy dla siebie odzież: spodnie, kurtki, rękawice i kaski, aby po chwili wyruszyć do miejsca skąd zaczyna się nasz zjazd. Łącznie jest 7 uczestników plus przewodnik i kierowca. Miał być to przewodnik po hiszpańsku, ale kiedy zaczął mówić i zapytał kto go rozumie nieśmiało rękę podniosła jedna osoba :-). Na nasze szczęście bez większych problemów nadawał też po angielsku, więc nie było niejasności.   


Warto dodać, że aby zjechać do Coroico z przełęczy La Cumbre  (4670 m n.p.m.) trzeba pokonać dystans ok. 64 km i różnicę w wysokości niemal 3500 m. Coroico leży na wysokości zaledwie 1200 m n.p.m. Z racji zmieniającego klimatu oprócz zapierających dech w piersiach widoków, poczujemy jakby dwie pory roku. Na górze zimnawy poranek i chłód w przepięknych majestatycznych górach okrytych chmurami, a na dole zaobserwujemy ciekawą roślinność, która zdobi i tak już piękną okolicę. Przy tym pożegnamy się ze zbędną nam odzieżą, w której w Coroico można się dosłownie ugotować. Przed skromnym posiłkiem na początku trasy zażyłem profilaktycznie zakupioną tabletkę wysokościową "soroiche pills". Pomyślałem, że gdzie jak gdzie, ale lepiej jak na 4670 m n.p.m. i takiej drodze zawroty głowy nie będą mi towarzyszyły. 
    

Pokonujemy pierwszy najdłuższy odcinek - to droga asfaltowa. Dwupasmowa szeroka droga, ale trzeba uważać. Oprócz rowerzystów poruszają się tędy auta osobowe i ciężarowe. Właściwie wszystko. W zjeździe o czym warto pamiętać bardzo pomocne są okulary przeciwsłoneczne. Droga liczy ok. 40 km. Mimo, że wydaje się (poza nielicznymi odcinkami) niemal płaska - ma kąt nachylenia pozwalający rozwinąć naprawdę dużą prędkość. Podobnie jak w dalszej części niemal cały czas pracują hamulce. Tu nie spadniemy w przepaść dlatego, że droga jest wąska i ma kiepską nawierzchnię, czy usuwisko, ale może się tak stać jak nie zachowamy rozsądku w rozwijaniu prędkości. Na każdym odcinku pierwszy jedzie przewodnik, którego nie wolno wyprzedzać. Z racji profilaktycznych środków bezpieczeństwa wyznacza on prędkość dla grupy, choć jadąc za nim mimo szczerych chęci na wyprzedzenie mogłem tylko o tym pomarzyć. Jak tylko się zbliżyłem nabierał prędkości niczym porażony, pozostawiając mnie i resztę grupy w tyle. Zjazd po asfalcie niby prosty, ale potrafi dostarczyć emocji. Następny odcinek pokonujemy busem. To część drogi, która prowadzi po równym a niekiedy stromym do góry podjeździe. Na rowerze zapewne byłoby ciężko. W końcu dojeżdżamy do właściwego, oczekiwanego odcinka, który oddaje klimat śmiertelnej drogi sprzed lat. Mamy przed sobą główną atrakcję - Drogę Śmierci.           
    



Tutaj mimo, że nie jest to grudzień przychodzi do mnie "Mikołaj". W jego postać wcielił się przewodnik, który (nie wiem dlaczego) zamienia mi rower. Bierze mój, a oddaje mi swój wypasioną piętnastkę  (numer) mówiąc: "teraz 15 to twój rower". Jestem mega zadowolony. To zupełnie inna półka. Wielka frajda. Tej klasy rower nawet wjeżdżając na duży kamień pokonuje go niczym czołg amortyzując większość uskoku. O ile na asfalcie nie miało to specjalnego znaczenia teraz na tych kamieniach to skok do przyszłości. Jazda jest niezwykle przyjemna. Mimo, że kamienista droga zmusza do bacznej uwagi na co się wjeżdża, zawsze znajduje chwile, aby rzucić okiem na otoczenie. To niczym świat bajki obnaża przede mną coraz to nowe przecudowne widoki. Wszędzie człowiek chciałby się zatrzymać, ale to zwyczajnie niemożliwe. Zabrakłoby dnia na przystanki i foty.





Droga, którą przemierzam powstała jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Z założenia miała na celu połączenie wyżyny Altiplano z nizinami Amazonii. Budowana była przez paragwajskich więźniów wojennych pojmanych w czasie Wojny o Chaco. Obie strony konfliktu uważały odkrycie ropy u podnóża Andów za znak, że Chaco jest roponośne, co nie potwierdziło się w przyszłości. Boliwia w dodatku odświeżyła marzenia o powrocie dostępu do morza, który to utraciła w wyniku "Wojny o Pacyfik" w latach 1879-1884, pomiędzy Chile i połączonymi siłami Boliwii i Peru, która okazała się zwycięska dla Chile. Bezpowrotnie wówczas Boliwia straciła terytorium bogate w surowce mineralne i odcięło jej dostęp do Pacyfiku


Długotrwały konflikt boliwijsko - paragwajski doprowadził do niemal zupełnego wyczerpania obydwu krajów. W wyniku tej wojny życie straciło ponad 100.000 ludzi (w tym 57.000 Boliwijczyków, a większość z nich padła ofiarą chorób tropikalnych). Sama wojna okazała się niepotrzebnym przelewem krwi ludzi, którzy oddawali swe życie za kawałek nieprzyjaznego mało przydatnego terenu, a Boliwia w dodatku ją przegrała. 

Historyczna droga niemal wykuta w bardzo stromych górach prowadzi nad ogromnymi przepaściami. Niektóre mają i 500 metrów. W najwyższych partiach gór z powodu wysokości i stromych zboczy nie odczuwa się strachu (tego obawiałem się najbardziej, ponieważ mam lęk przestrzeni), może dlatego, że urwiska wypełniają gęste chmury. Pierwotnie droga miała jeden pas i miejsca do mijania. Nie było też barierek ochronnych ani żadnego systemu odwadniania, co stawało wielkie niebezpieczeństwo zwłaszcza w porze deszczowej. Dlatego też ginęło tak wiele ludzi. Czasami mała nieuwaga, poślizg, kaprys pogody czy awaria hamulców mogą sprawić, że znajdziemy się poza granicą bezpieczeństwa. Obecnie ruch przede wszystkim rowerowy zatrzymał ten tragiczny bilans, choć patrząc na liczby w ciągu ostatnich kilkunastu lat było kilkanaście wypadków śmiertelnych. Wciąż zdarzają się tacy, którzy przeceniają własne umiejętności i brawurowo pokonują nawet te najbardziej niebezpieczne odcinki nie zważając na skutki. 

Patrząc na całość drogi należy dodać, że w roku 2006 zakończył się wielki remont, dzięki któremu pojawił się drugi pas drogi i asfalt. Pojawiły się też barierki. W końcu powstał i nowy kawałek drogi, pozwalający ominąć ten najbardziej niebezpieczny odcinek. Ten odcinek którym właśnie poruszamy się rowerem. Bez wątpienia nawet bez specjalnego przygotowania można poradzić sobie z Drogą Śmierci. Należy jednak zachować zdrowy rozsądek i nie dać ponieść się emocjom, bo wierzcie mi chęć popuszczania hamulców towarzyszyła mi niczym bumerang. Wciąż chcesz "zmierzyć swoje możliwości". Sam zjazd dostarcza ogromne zadowolenie, którego chyba każdy uczestnik nie zapomni na b bardzo długo.     



Zbliżając się do końca wyraźnie zmieniają się warunki. Oprócz pracy palców rąk, które jako jedyne pracowały ciężko fizycznie wciskając nieustannie hamulce przy kierownicy zaczynają pracować mięśnie nóg. Pojawiają się równiny, wymagające pedałowania. Roślinność nabiera kolorów, a za plecami pozostawiamy przepływające przez drogę strumyki. Po ok. 5 godzinach od rozpoczęcia zjazdu jesteśmy u celu. Meta skupia kilka barów w których można wypić zasłużonego zimnego browara. Tu odpoczywamy dobrą godzinkę, aby wygrzewać się w promieniach słońca i złapać równy rytm bicia serca :-).

Organizator przygotował niespodziankę, o której wiadomo było, że będzie. Ale nie wiadomo było, że będzie tak smaczne. Obiad w formie szwedzkiego stołu z bogatym menu to prawdziwa uczta i godne podsumowanie dzisiejszego wydarzenia. Na posesji w przygotowanych na pod turystów łazienkach można skorzystać z prysznica. Czego chcieć więcej ... W męskiej kąpią się również kobiety bo w damska jest ok, tylko że nie leci woda :-). Oczywiście nikomu to nie przeszkadza, bo wiadomo faceci to dżentelmeni.    
  

Dziś generalnie (na tej właściwej, dostępnej dla rowerów  Drodze Śmierci) w moim odczuciu jest już inaczej. Sporo tych najbardziej niebezpiecznych miejsc zabezpieczonych jest barierkami, a na drodze wciąż pracuje ciężki sprzęt. Mieliśmy okazję pokonać pewien odcinek po tym jak przejechał walec. Fajnie że równo, ale nie do końca chyba o to chodzi. Można odnieść wrażenie, że za parę lat wyleją tam asfalt, a dla bardziej wygodnych, ale zainteresowanych pokonaniem Drogi Śmierci powstanie specjalna kolejka linowa, będą wozić meleksami lub kto wie co jeszcze ... . 

To powoduje realnie, że nie jest to już najbardziej niebezpieczna droga świata. Jednakże nazwa przylgnęła do tej drogi raczej już na zawsze. 
Nie bacząc na powyższe zmiany zjazd Drogą Śmierci to nie tylko wielka atrakcja turystyczna, ale i duża przyjemność dla jej uczestników. Chwile, które na długo pozostaną w naszej pamięci, a potwierdzeniem ich przeżycia oprócz własnych odczuć są zdjęcia otrzymane na płytce CD od organizatora i pamiątkowa koszulka z napisem: I'ma Death Road Survivor. Z czystym sumieniem polecam tą atrakcję, oraz organizatora - Xtreme  Down Hill (http://www.xtremedownhill.com)

Orientacyjne koszty:
-------------------------
Droga Śmierci - 320 BOB (157 PLN)

Więcej zdjęć z:  Death Road * (Boliwia)

* - zdjęcia z datą pochodzą z pamiątkowej płyty wydanej przez Xtreme Down Hill